Czas na taką malutką retrospekcję...tylko o jakieś 1112 dni :) Jak zawsze większe podróże zaczynały się z tatą, tak było i tym razem gdy oznajmił mi 3 lata temu (w roku 2007), że już pora na mnie abym z nim poleciał za Wielką Wodę. Spodziewałem się, że prędzej czy później uda mi się z nim polecieć ale do pełni szczęścia brakowało mi wizy. Umówiliśmy wizytę w konsulacie w Krakowie i po przyjeździe musiałem sam przejść przez te bramy (dziwna atmosfera panuje wewnątrz) Gdy przyszła na mnie pora to miły pan zaczął mi zadawać pytania po angielsku i po kilku minutach mnie wypuścił i zatrzymał mój paszport. Ogromnie byłem wtedy szczęśliwy, że za pierwszym razem udało mi się uzyskać wizę i małe marzenie o Ameryce się powoli spełnia. W każdym razie jako, że lubię zabawę to wziąłem ze sobą stary paszport żeby trochę się z rodzicami podrażnić. Ochłonąłem w konsulacie i zrobiłem smutną minę oraz wyjąłem ten paszport, jednak chyba za bardzo oczy mi się błyszczały bo rodzice się nie nabrali :P ale ludzie którzy tam stali niedaleko chyba już tak :] Nie potrafię kłamać, więc od razu powiedziałem prawdę, że wizę dostałem i teraz tylko czekać aż kurier ją dostarczy. Ruszyliśmy do samochodu i z powrotem do domu.
Wiza była, więc i bilety lotnicze się kupiło, ostatnią przeszkodą był rok szkolny. W sumie mi to na rękę było, bo oceny znałem wcześniej a dzięki temu, że wylatywaliśmy z Warszawy 10 czerwca, miałem dłuższe o kilkanaście dni wakacje ^^
Lot był z przesiadką: z Warszawy do Paryża i z Paryża do Waszyngtonu liniami LOT i Air France. Przerwy w Paryżu nie było, po wyjściu z samolotu od razu musieliśmy wszyscy przejść do odpraw jakimś bocznym przejściem i od razu do kolejnego samolotu.
Przelot do Francji był moim pierwszym po narodzeniu :P Fajna sprawa, kiedy wszystko co jest za oknem jest takie piękne, małe i można się gapić przez cały lot. Z biegiem czasu (po kolejnych przelotach) nie robi to już takiego wrażenia, ale to pierwsze spojrzenie za okno, start samolotu i lądowanie zostaje na całe życie.
Szybkie przejście do kolejnego samolotu, tym razem dużego (3-4-3) boeinga i kolejny lot tym razem około 6h. Na szczęście był minikomputer w nagłówku więc oglądałem filmy i patrzyłem na obecną prędkość i położenie, była noc więc za oknem nie było widoków bo lecieliśmy nad oceanem.

W USA byliśmy na około 19 tamtejszego czasu, wspólna kolacja, przywitanie z kuzynami, rozpakowanie, granie na xboxie do 2 rano i później poszedłem spać. Jakie było moje zdziwienie gdy pierwszego dnia wstałem o 13!! czyli w Polsce byłaby 19 ^^ ale to po prostu zmęczenie po locie i zmianie strefy czasowej.
Pierwsze dni mijały mi na poznawaniu okolic, pożyczałem rower kuzyna gdy był w pracy i sobie jeździłem. Mają dużo ścieżek rowerowych więc miło się jeździło. Pierwsze rozmowy po angielsku z przypadkowymi przechodniami, pierwsze samotne zakupy :) Ogromnie pozytywne wrażenie. Po prostu zakochałem się w tym miejscu bez pamięci :) Tych dni spędzonych w Falls Church nie zamieniłbym za żadne inne miejsce :)
Dzięki temu, że w tym samym czasie był tam wujek z Włoch to na weekendach jeździliśmy po Wschodnim Wybrzeżu i sporo zwiedzaliśmy.
cdn wraz ze zdjęciami niebawem :)